wtorek, 24 lutego 2015

Himalaje dla każdego - Annapurna Base Camp


Trekking trwał ok. 9 dni. Na trasie mijaliśmy wielkie przestrzenie tarasów ryżowych, tropikalną dżunglę (w której było głośniej, niż w centrum Warszawy), trawiaste połoniny, w końcu ujrzeliśmy nagie skały i śnieg. Po drodze widzieliśmy dziesiątki, jeśli nie setki wodospadów, a krajobrazy przypominały mi te z "Avatara" Jamesa Camerona - ogromne przestrzenie i unosząca się wśród skał mgła, zasłaniająca często to, co było pod nami.

Zaczęliśmy w Phedi (1130m n.p.m.), gdzie dojechaliśmy z Pokhary, miejscowości, z której większość ludzi wyrusza w tę trasę. W tej ostatniej bez problemu kupiliśmy wszelki niezbędny ekwipunek, którego nie przywieźliśmy z Polski (np. tabletki na chorobę wysokościową), a także wypożyczyłem po taniości śpiwór (ok. 3zł/dzień).

Codziennie pokonywaliśmy ok. tysiąca metrów do góry i zwykle kilkaset w dół. Dla mnie był to wysiłek, biorąc pod uwagę 10-killogramowy plecak, który niosłem na plecach. Na dole temperatury wynosiły ok. +30 stopni Celcjusza, w nocy pod koniec wędrówki temperatura schodziła do co najmniej -10 stopni, więc trzeba było nieść trochę ubrań. W końcu osiągnęliśmy Annapurna Base Camp na wysokości 4130m n.p.m. Zmęczeni, ale szczęśliwi.

Z noclegiem codziennie było łatwo, co ok. godzinę-dwie godziny napotykaliśmy osady z chatkami, w których można było przenocować i zjeść. Jedzenie było przepyszne, szczególnie pozytywnie wspominam herbatę z imbirem i miodem. Dzienny budżet (czyli wydatki na spanie i jedzenie) oscylował wokół 40-60 złotych. Nie trzeba było też korzystać z usług żadnych przewodników, a i tak naprawdę obyłoby się bez mapy - choć może nie jest to rozsądne stwierdzenie i niektórzy by mnie za takie skarcili, ale naprawdę wszystko jest świetnie oznakowane i na szlakach jest mnóstwo ludzi, tak więc nie można się tam zgubić.

Dodam, że będąc wśród śnieżnych szczytów Annapurny nie mieliśmy pojęcia o rozgrywającym się na innym szlaku dramacie kilkudziesięciu ludzi i śmierci kilku Polaków. Gdy już miałem zasięg, okazało się że dzwonili do mnie rodzice, przyjaciele i telewizja. Wszystkich uspokoiłem i byłem szczęśliwy, że mnie nic takiego nie spotkało.


 

Bali


Na Bali spędziliśmy ponad tydzień. Właściwie to nie planowaliśmy tego punktu naszej podróży, gdyż bilety w Air Asia kupowaliśmy gorączkowo ze względu na kończącą się promocję. Tak więc musieliśmy autobusem przejechać z leżącej na środku Jawy Surabai, a potem wrócić i przejechać przez całą Jawę do leżącej na zachodzie Jakarty.

Na wstępie zaskoczyły nas bardzo niskie ceny jedzenia i noclegów w Indonezji, w tym również na Bali, w zasadzie porównywalne z Indiami. Oczywiscie nie dotyczyło to najbardziej turystycznych uliczek. Prom z Jawy na Bali kosztował 1-2złote, wyspy te leżą bardzo blisko siebie, rejs trwał poniżej godziny. Natomiast co do cen, wyjątkowo kosztowny jest transport lądowy. Na wyspie działa mafia taksówkowo-autobusowa, która pilnuje, aby nikt nie podwoził turystów po rynkowych cenach. W efekcie transport był nawet droższy, niż w Polsce.

Na Bali pojechaliśmy najpierw do Padang Bai. Polecam tamtejszą Blue Lagoon, jest to niesamowite miejsce do snorkellingu. Był to mój pierwszy raz na rafach koralowych i byłem tak podekscytowany, że spędziłem w wodzie pełne dwa dni, szukając nowych stworzonek na różnych rafach. Następnie wyruszyliśmy do Kuty, gdzie wykupiłem sobie lekcje surfingu oraz samą deskę na pozostałe godziny. Jest to zagłębie surferów, fale potrafią być naprawdę wysokie i musiałem aż szukać spokojniejszych miejsc. Wrażenia są bezcenne, ten sport uzależnia. Na koniec spędziliśmy dzień w Ubud, kulturalnym centrum Bali, gdzie m.in. poszedłem na (niezły) balijski masaż i tradycyjny teatr masek.



Odwiedzając Mordor




Na Jawie głównym punktem był wulkan Bromo. Dałem się namówić na to mojemu towarzyszowi podróży, i nie żałowałem. Jest to najdroższa atrakcja Indonezji (jakieś 70zł za wejście na górę), ale wybraliśmy się o zmroku, dzięki czemu nikt od nas nie chciał pieniędzy, a co najważniejsze nie było tam żywej duszy.

Czuliśmy się jak w Mordorze z "Władcy Pierścieni". Podchodziliśmy do wulkanu przez rozległe ciemne pustkowie, początkowe łąki stopniowo zamieniały się w posępny krajobraz piasków wulkanicznych. Na samej górze, na krawędzi kaldery, dźwięki i widok chmury dymu robią piorunujące wrażenie - nie sądziłem że wulkan wydaje z siebie tak donośne odgłosy.

Po Bromo udaliśmy się na dwie noce do Yogyakarty, jednak skupiliśmy się na jedzeniu i kupnie pamiątek, a nie na zwiedzaniu. Następnie pojechaliśmy do Jakarty, będącej smutnym, wielkim i śmierdzącym molochem (przynajmniej takie było moje wrażenie), skąd udaliśmy się do następnego dużego punktu naszej podróży - Bangkoku.